Grupa naTemat

Czy Niemcy są genetycznie skażeni idealizmem?

Internet
Pisząc idealizm niekoniecznie mam na myśli coś dobrego. Na potrzeby tego krótkiego artykułu przyjmuję, że idealizm to chęć podporządkowania życia osobistego i społecznego jakiejś wielkiej idei, która może być zarówno piękna, jak i straszna.

Niemcy są bardzo ważnym narodem w Europie, jak i ważnym na świecie. Ucząc się i dorastając, jak chyba każdy polski uczeń, stykałem się z tematem rozliczenia się Niemców z II Wojny Światowej. Nazizm, z którym Niemcy się rozliczali, był urzeczeniem wielką, bo ponadludzką ideą. Ta idea była straszna i zła, ale też wypływała z niemieckiego humanizmu. Była jego karykaturalnym i absurdalnym przerysowaniem. Ta idea stworzyła nadczłowieka, karykaturę postulatów między innymi Nietzschego, który pragnął aby na ruinach starego ładu pojawił się wolny Nadczłowiek. Podobne idee drążył też genialny Wagner, którego Tetralogia wcale nie jest literackim kiczem (co do jej jakości muzycznej nie można mieć wątpliwości). Oczywiście ani Wagner, ani Nietzsche nie są odpowiedzialni za działania Adolfa Hitlera, ale jakaś groteskowa podobizna ich idei kołatała się w głowach ludobójczych nazistów.


Uczyłem się zatem o Niemcach, którzy przerazili się samymi sobą i zaczęli odrzucać wielkie idee. Uczyłem się o Niemcach, jako o osobach wyjątkowo sceptycznych wobec wszelkich manifestów czy wielkich politycznych projektów. Niemcy wydali mi się nawet jakoś ideowo wykastrowani. Tak jakby nie chcąc by pojawił się wśród nich nowy Hitler wyrzekli się nowych Wagnerów i Nietzsche. Swoją drogą Marks też był Niemcem, a zatem wielkie idee "made in Germany" okazały się wyjątkowo drastyczne nie tylko w ultranacjonalistycznym wydaniu... Tym niemniej słuchając Wagnera, czy nawet Beethovena myślałem sobie: "jaka szkoda, że ten niemiecki idealizm okazał się tak niebezpieczny; jaka szkoda, że Niemcy musieli się ideowo wykastrować".

Teraz jednak zaczynam się martwić, iż Niemcy są genetycznie skażeni idealizmem. Być może starając się odciąć jak najmocniej od rasizmu i ksenofobii, stali się fanatycznymi kosmopolitami i ksenofilami. Pomyślałem tak ponownie, gdy dowiedziałem się, że dla dobra wielkiej idei otwartości dla przybyszów z Bliskiego Wschodu niemieckie elity, jak i czołowe media państwowe i prywatne usiłowały nagiąć rzeczywistość dla potrzeb "wielkiej idei", mającej tym razem postać kultu "Innego". Jak stwierdził jeden z postmodernistycznych filozofów, "Inny" jest jak Bóg, bo jest poza nami, jest obok nas, jest transcendentny. Część niemieckich elit zdaje się w to wierzyć, nie bojąc się dla dobra tej "wielkiej idei" przemilczać przemocy wobec obywatelek własnego państwa, oraz uczyć Europejczyków iż oto nasze granice nie istnieją, oto musimy być całkowicie bezbronni wobec wielkiej Wędrówki Ludów, nawet jeśli tak wielka otwartość rozsadza Europę od środka. Obawiam się też, że radykalne postawy łatwo się do siebie upodobniają i wbrew pozorom niewiele dzieli radykalnego ksenofila od radykalnego ksenofoba i rasisty. Być może wystarczy niewiele, aby z jednego stać się drugim. Pozostaje natomiast ten sam radykalny żar i chęć dopasowywania ludzi i świata do swoich tez i idei...

Mam jednak nadzieję, że przesadzam, że źle oceniam sytuację i jednak moje lektury z czasów młodości mówiły prawdę o tym, że Niemcy rzeczywiście rozliczyli się z przeszłością i stali się nieufni wobec "wielkich idei". Oby tak było!
ZOBACZ TAKŻE:
Skomentuj